sobota, 12 sierpnia 2017

Ariel CD Carrie

Można powiedzieć, że po paru kęsach i stercie znalezionych włosów natychmiast odechciało mi się jeść, stwierdzając, że byłem w pełni najedzony. Czyli trzeba będzie zabezpieczyć się bardzo duży zapas jedzenia i herbaty. Breja bardziej nadawała się do rzeźbienia pokracznych tworów niżeli do jedzenia, więc postanowiłem poświęcić swój czas listom.
List od Aurory był krótki, a streścić go można było do jednego zdania. Kocha mnie, czy dobrze się czuję, włamała mi się do pokoju, rozwaliła łóżko i mnie kocha. Eww, typowe. Dzięki, siostrzyczko.
Lisa głównie rozprawiała o problemach egzystencjalnych, miłosnych, gdzieś pomiędzy wierszami oczekując, że ja równie długo, nietreściwie i filozoficznie. Nie zrozumcie źle, uwielbiałem moje siostry, ale czasami miałem wrażenie, że przez nie dostanę depresji.
A skoro o depresji mowa to obracałem zieloną kopertę parokrotnie w dłoni, zastanawiając się, czy na pewno chciałem go przeczytać. Cóż, po otwarciu jej  zobaczyłem gdzieś około dziesięć stron wypełnionych drobnym pismem i zaniechałem przeczytania go. Dobry Panie, a wasz Boże, Glen, krócej na litość sił wyższych, krócej.
- Carrie. Carrie Sinead. - Słowa różowowłosej wyrwały mnie z zamyślenia i zajęło mi kilka sekund, zanim zorientowałem się, że powiedziała mi swoje imię.
- Ariel Lee – przedstawiłem się, spoglądając na nią z nieznacznym uśmiechem. - Jak smakuje jedzenie? - spytałem ni rozbawionym, ni ironicznym tonem. Byłem kompletną amebą, jeśli chodziło o znajomości, więc rzuciłem pierwszym pytaniem, jakie przyszło mi do głowy. W sumie bardzo idiotycznym pytaniem, bo mało komu smakowało jedzenie Garetta. Właściwie nikomu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz